Ojciec miał na imię Jonas, miał 24 lata. Żona odeszła kilka miesięcy wcześniej, zostawiając go samego z dwoma niemowlętami. Pracował dorywczo jako pomocnik murarza, gdy tylko była praca. W ostatnie zimowe dni nikt go nie zatrudniał. Jego synowie przez dwa dni jedli tylko suchy chleb.
Otworzył kopertę.
W środku były banknoty – sto euro – i kartka z napisem:
„Żeby chłopcy nigdy więcej nie musieli oddawać mleka. Z najlepszymi życzeniami, CM.”
Jonas patrzył, jak Kara wychodzi z torbami na śnieg. Nie znał jej imienia, ale wiedział, że ten gest zmienił wszystko.
Na zewnątrz zaczął padać śnieg. Jonas przytulił synów. Po raz pierwszy od miesięcy płakał bez wstydu.
W kolejnych dniach kupił pieluchy, mleko, owoce, chleb i zapłacił z góry czynsz za mały pokój, który wynajmował na tyłach starej kamienicy. Wydawał pieniądze ostrożnie, jak ktoś, kto wie, że gotówka znika jak para.
Ale najważniejsze było coś innego – przestał czuć się niewidzialny.
Tymczasem Kara nie mogła zapomnieć obrazu klęczącego ojca. Wspomnienie miało ciężar jej własnego ubogiego dzieciństwa, które latami próbowała ukryć za elegancką fasadą luksusu i sukcesu.
Wróciła do domu i spędziła Wigilię sama, jak przez ostatnie pięć lat. Siedziała przy perfekcyjnie nakrytym stole, przed potrawami przygotowanymi dla nikogo. Kryształowe kieliszki, pachnące świece – wszystko piękne i jednocześnie puste.
Twarz chłopca w niebieskim śpioszku nie dawała jej spokoju.
26 grudnia wróciła do supermarketu. Po krótkim śledztwie dowiedziała się, gdzie mieszka Jonas.
Dom miał wyblakłą elewację. Przez kraty okna widać było dziecięce ubrania suszące się na prowizorycznej lince.