„Zapłacę za to. To moje pieniądze, nie sklepu.”

Cztery dni później miał plan.


W sobotę o 11:00 założył zwykłe ubrania. Lekko pogniecione spodnie khaki, wyblakłą niebieską koszulę, starą brązową kurtkę. Bez portfela. Bez kart.

Poprosił kierowcę, by wysadził go dwie przecznice od „Fresh Mart”.

Wziął koszyk i wybrał proste produkty: ryż, suchą fasolę, olej, chleb, cebulę, pomidory.

Przy kasie numer 4 spotkał dwie kobiety, które miały zmienić jego życie.

Pierwsza nazywała się Chiamaka Udeh. Miała 45 lat, drogie doczepiane włosy, akrylowe paznokcie i wiecznie niezadowoloną minę. Pracowała jako regionalna menedżerka i uważała się za lepszą od innych.

„Ekspresowa kasa jest tam” – rzuciła. – „Ta kolejka jest dla ludzi, którzy naprawdę coś kupują.”

Ikenna spojrzał do koszyka. Sześć produktów.
„Myślę, że ta kolejka jest odpowiednia.”

Chiamaka prychnęła i zaczęła głośno narzekać przez telefon.

Gdy Ikenna dotarł do kasy, zobaczył jej plakietkę.