„Zapłacę za to. To moje pieniądze, nie sklepu.”

Nneka.

26 lat. Szczupła, o skórze ciemnej jak ziemia po deszczu. Bez makijażu, tylko cienki krzyżyk na szyi. Spokojne oczy, delikatny uśmiech.

I zawsze zmęczona.

Pracowała na dwa etaty. Rano jako kasjerka, wieczorami sprzątała biura. W międzyczasie uczyła się rachunkowości. Utrzymywała młodszego brata Tobę, którego sprowadziła z Nigerii po śmierci rodziców.

„Dzień dobry, proszę pana” – uśmiechnęła się. – „Gotuje pan dziś coś dobrego?”

„Przepis mojej mamy. Thieboudienne.”

„Jedzenie to miłość” – odpowiedziała.

„23,47 dolara.”

Ikenna sięgnął do kieszeni. Zmieszanie. Wstyd.
„Zapomniałem portfela. Przepraszam.”

Chiamaka wybuchła.
„To jakiś żart? Może to jadłodajnia dla bezdomnych?”

Kierownik podszedł.

I wtedy Nneka powiedziała:

„Zapłacę.”

Wyciągnęła 20 dolarów i drobne. Całe swoje pieniądze na najbliższe dni.

„Nie może pani tego zrobić” – powiedział kierownik.