Ten sam budynek.
Inne mieszkanie.
Ta sama przyszłość — beze mnie.
Poczułem, jak powietrze opuszcza moje płuca.
Nie chodziło tu o sprawiedliwość.
Chodziło o zastąpienie.
Tej nocy, siedząc naprzeciwko mnie na łóżku, mówił tak spokojnym tonem, że aż mnie dreszcze przeszły.
„Potrzebuję partnera, a nie obciążenia.”
„Od kiedy to jestem obciążeniem?” – zapytałem.
Unikał mojego wzroku.
„Chcę kogoś na moim poziomie.”
Na moim poziomie.
Dziesięć lat temu, gdy zarabiałem więcej od niego, ten „poziom” nigdy nie stanowił problemu.
Ale nie sprzeciwiałem się.
„Okej” powiedziałem.
Zamrugał. „Okej?”
„Podzielmy wszystko.”
Po raz pierwszy się zawahał.
„Jesteś pewien?”
„Tak” – odpowiedziałem. „Ale dzielimy się wszystkim. Domem. Inwestycjami. Kontami. Firmą, którą założyłeś, gdy ja byłem poręczycielem”.
Przez jego twarz przemknął błysk.
Strach.
Bo zapomniał,
że przez dziesięć lat to ja zajmowałem się wszystkimi dokumentami w tym domu.
Każda umowa.
Każdy przelew.
Każda klauzula.
I było coś, co podpisał dawno temu – wtedy, gdy jeszcze nazywał mnie „swoją najlepszą decyzją”.
Coś, co nie byłoby dla niego korzystne, gdyby wszystko było rzeczywiście podzielone.
Tej nocy spał spokojnie.
Nie, nie zrobiłem tego.
Otworzyłem sejf w gabinecie i wyjąłem niebieski folder, którego nie dotykałem od lat.
Przeczytałem ten punkt jeszcze raz.
I po raz pierwszy od dziesięciu lat…
się uśmiechnąłem.
Następnego ranka zrobiłem śniadanie, jak zwykle.
Niesłodzona kawa.
Lekko grzanki.
Sok, dokładnie taki, jaki lubił.
Rutyna pozostaje, nawet gdy miłość gaśnie.
Mówił z pewnością siebie.
„Powinniśmy sformalizować podział pół na pół”.
„Doskonale” – odpowiedziałem spokojnie.
Żadnych łez.
Żadnych krzyków.
To zaniepokoiło go bardziej, niż zrobiłaby to złość.
KONTYNUUJ CZYTANIE NA NASTĘPNEJ STRONIE 🥰💕