Mam 62 lata, on 49 — mówił, że mnie kocha, a ja dbałam… aż w końcu wyrzuciłam go za drzwi

A jednak… byłam.

Poznałam Marka na targu. Wziął mi siatkę z ziemniakami.

„Niech pani da, ja poniosę” — uśmiechnął się. Taki ciepły. Taki uważny.

Potem było: „Irena, ty jesteś inna.” „Przy tobie czuję spokój.” „Kocham cię.”

A ja? Ja się rozpuściłam jak masło na patelni.

Pierwsze miesiące były jak z filmu. Kwiaty. Wyjazd do Kazimierza. Śmiech. Dotyk dłoni w autobusie. I nagle znów miałam dla kogo nastawiać zupę.

Potem zaczęło się po cichu.

„W pracy teraz ciężko, Irena. Wiesz… wypłata się spóźni.”

„Spoko, kochanie. Dam radę.”

„Mógłbym chwilę u ciebie pomieszkać? Tylko do czasu, aż stanę na nogi.”