A jednak… byłam.
Poznałam Marka na targu. Wziął mi siatkę z ziemniakami.
„Niech pani da, ja poniosę” — uśmiechnął się. Taki ciepły. Taki uważny.
Potem było: „Irena, ty jesteś inna.” „Przy tobie czuję spokój.” „Kocham cię.”
A ja? Ja się rozpuściłam jak masło na patelni.
Pierwsze miesiące były jak z filmu. Kwiaty. Wyjazd do Kazimierza. Śmiech. Dotyk dłoni w autobusie. I nagle znów miałam dla kogo nastawiać zupę.
Potem zaczęło się po cichu.
„W pracy teraz ciężko, Irena. Wiesz… wypłata się spóźni.”
„Spoko, kochanie. Dam radę.”
„Mógłbym chwilę u ciebie pomieszkać? Tylko do czasu, aż stanę na nogi.”