Mam 62 lata, on 49 — mówił, że mnie kocha, a ja dbałam… aż w końcu wyrzuciłam go za drzwi

„No pewnie.”

I tak wprowadził się „na chwilę”. A ja zaczęłam żyć jego rytmem. Gotowałam pod niego. Prałam jego koszule. Słuchałam jego historii o szefach idiotach i kolegach zdrajcach. W międzyczasie płaciłam za rachunki, robiłam zakupy, kupowałam mu leki, gdy „coś go brało”.

Córka, Ania, mówiła wprost:

„Mamo, on cię wykorzystuje.”

„Nie wtrącaj się, Aniu.”

„Ja się nie wtrącam. Ja się boję.”

Syn, Piotr, tylko zaciskał usta.

„Mamo… ty chcesz znowu tak żyć?”

A ja się wstydziłam. Nie ich. Siebie. Że w tym wieku nadal chcę, żeby ktoś mnie trzymał za rękę.

Na klatce sąsiadka, Teresa, zaczepiała mnie przy skrzynkach.

„Irena, ty masz rozum, a nie widzisz? Taki młody… to on sobie wygodę znalazł.”

„Teresa, daj spokój.”

„Ja ci dobrze życzę.”

W sklepie pani z mięsnym patrzyła na mnie i na niego, jak staliśmy w kolejce.

„O, syn z mamą?”

Marek się śmiał.