„No pewnie.”
I tak wprowadził się „na chwilę”. A ja zaczęłam żyć jego rytmem. Gotowałam pod niego. Prałam jego koszule. Słuchałam jego historii o szefach idiotach i kolegach zdrajcach. W międzyczasie płaciłam za rachunki, robiłam zakupy, kupowałam mu leki, gdy „coś go brało”.
Córka, Ania, mówiła wprost:
„Mamo, on cię wykorzystuje.”
„Nie wtrącaj się, Aniu.”
„Ja się nie wtrącam. Ja się boję.”
Syn, Piotr, tylko zaciskał usta.
„Mamo… ty chcesz znowu tak żyć?”
A ja się wstydziłam. Nie ich. Siebie. Że w tym wieku nadal chcę, żeby ktoś mnie trzymał za rękę.
Na klatce sąsiadka, Teresa, zaczepiała mnie przy skrzynkach.
„Irena, ty masz rozum, a nie widzisz? Taki młody… to on sobie wygodę znalazł.”
„Teresa, daj spokój.”
„Ja ci dobrze życzę.”
W sklepie pani z mięsnym patrzyła na mnie i na niego, jak staliśmy w kolejce.
„O, syn z mamą?”
Marek się śmiał.