„Może” — odpowiedziałam. — „Ale pierwszy raz pożałuję czegoś, co zrobiłam dla siebie.”
Kiedy drzwi się zamknęły, ręce zaczęły mi drżeć. Usiadłam na podłodze w przedpokoju, jakbym nagle nie umiała stać.
Ania uklękła obok.
„Mamo… przepraszam, że cię nie zatrzymałam wcześniej.”
„Nie przepraszaj” — wyszeptałam. — „Ja sama musiałam dojrzeć.”
Następnego dnia poszłam do lombardu. Odkupiłam łańcuszek. Drogo. Bardziej bolało, że musiałam go „odkupić” drugi raz w życiu.
Wieczorem Teresa z klatki zapukała.
„Irena… słyszałam.”
„No.”
„I dobrze.”
Tylko tyle. I aż tyle.
Teraz jest ciszej. Czasem ta cisza kłuje. Czasem jest jak plaster.
Najtrudniej przełknąć jedno: że w Polsce kobieta w moim wieku ma być wdzięczna za byle cień uwagi. Że ma „trzymać chłopa”, bo tak wypada. Że samotność jest gorsza niż upokorzenie.
A ja już nie chcę „wypadać”. Chcę oddychać.
Powiedzcie mi… ile jeszcze razy mamy udowadniać światu, że zasługujemy na szacunek, a nie na resztki?
Czy odwaga zawsze musi boleć, żeby była prawdziwa?