Zostawił mnie, gdy nasz syn miał trzy lata. Teraz jestem czarnym charakterem w jego oczach.

Przez pierwsze miesiące nie miałam siły wstać z łóżka. Ale musiałam. Michał potrzebował mnie bardziej niż kiedykolwiek. Zaczęłam pracować na dwa etaty — rano w sklepie spożywczym, wieczorami sprzątałam biura. Nie miałam wyboru. Każda złotówka była na wagę złota. Często wracałam do domu tak zmęczona, że zasypiałam w ubraniu, a Michał przykrywał mnie kocem. Był wtedy taki malutki, a już rozumiał, że mama musi pracować.

Andrzej pojawiał się od czasu do czasu. Przynosił Michałowi zabawki, czasem zabierał go na spacer. Ale nigdy nie płacił alimentów, nie interesował się, czy mamy co jeść, czy Michał jest zdrowy. Zawsze był tylko gościem w naszym życiu. A jednak Michał czekał na niego z utęsknieniem, wypatrywał go przez okno, pytał, kiedy tata znów przyjdzie. A ja musiałam tłumaczyć, że tata jest bardzo zajęty, że na pewno niedługo się pojawi. Kłamałam, żeby nie złamać mu serca.

Kiedy Michał miał osiem lat, Andrzej nagle zniknął na dobre. Przestał dzwonić, przestał przychodzić. Michał płakał nocami, a ja nie wiedziałam, jak mu pomóc. Z czasem przestał pytać o ojca, zamknął się w sobie. Wtedy postanowiłam, że zrobię wszystko, by był szczęśliwy. Zapisałam go na zajęcia sportowe, kupowałam książki, których pragnął, choć często musiałam rezygnować z własnych potrzeb. Nigdy nie miałam nowych butów, nie byłam na wakacjach, ale Michał miał wszystko, czego potrzebował.