Kiedy Anna wspomniała o zjeździe absolwentów, ledwo oderwałem wzrok od telefonu.
Stała przy kuchennym blacie, splatając włosy w luźny kok — tak jak zwykle, gdy próbuje brzmieć swobodnie w jakiejś ważnej sprawie.
Za nią, jak zwykle, panował chaos. Jedno dziecko nie mogło znaleźć buta. Inne narzekało na pracę domową z matematyki. Niemowlę uderzało łyżeczką o tackę krzesełka do karmienia.
