Ethan Reed przez całe życie wierzył, że największą siłą jest kontrola. Kontrola nad rynkiem, nad ludźmi, nad narracją. Jako milioner technologiczny przywykł do tego, że wszystko da się zmierzyć, przewidzieć i zabezpieczyć. Nawet emocje.
Dlatego adopcja trojaczków była dla niego… eksperymentem z nadzieją.
A małżeństwo z Celeste Veil — inwestycją w perfekcyjny wizerunek.
Celeste była olśniewająca. Media ją kochały. Fundacje zapraszały. Na Instagramie publikowała zdjęcia niemowląt w lnianych kocykach, z podpisami o „darze macierzyństwa”. Wyglądała jak spełnione marzenie.
Ale Ethan coraz częściej czuł, że coś się nie zgadza.
Dzieci uspokajały się tylko przy Lenie Park — gosposi, drobnej kobiecie o zmęczonych oczach i cichym głosie. To ona znała rytm ich snu. To ona wiedziała, który płacz oznacza głód, a który strach. Celeste… była poprawna. Chłodna. Nietykalna.
Dlatego Ethan postanowił „zniknąć” na trzy dni.
Oficjalnie — wyjazd służbowy.
Nieoficjalnie — test.
Ukryte kamery. Ciche korytarze. Noc, w której dom zdradza swoje prawdziwe oblicze.
I wtedy to zobaczył.
Celeste stała w drzwiach pokoju dziecięcego jak posąg. Idealna nawet w gniewie.
Lena trzymała jedno z dzieci, zasłaniając je własnym ciałem. Pozostała dwójka płakała w łóżeczkach.
— Nie waż się zrobić ani kroku więcej — powiedziała Lena.
Ethan, ukryty w korytarzu, poczuł, jak jego serce zaczyna bić nierówno.
— Jesteś tylko personelem — odpowiedziała Celeste. — Nie będziesz stawać między mną a moim domem.
To słowo — dom — zabrzmiało jak kpina.
— To mnie zwolnij — odparła Lena. — Ale nie ruszę się, dopóki one nie będą bezpieczne.
Celeste uśmiechnęła się zimno.
— Zapominasz, gdzie twoje miejsce.