Zofia nie spała całą noc. Dokumenty leżały na stole w równych stosach, przyciśnięte ciężką metalową linijką, żeby rogi się nie podwijały. Klucz — osobno. Kilka razy brała go do ręki, przekładała z dłoni do dłoni, ważyła, jakby w samym metalu mogła znaleźć podpowiedź. Rano zaparzyła kawę, ale nie wypiła ani łyka. Oczy piekły, głowa pulsowała, a sen nie nadchodził nawet na chwilę. Czytała listy raz po raz.
Babcia pisała bez ozdobników — sucho, precyzyjnie, jakby z góry wiedziała, że nie będzie czasu na sentymenty. W jednym z ostatnich arkuszy było podkreślone: „Jeśli to czytasz — znaczy, że niczego nie znaleźli. To znaczy, że zrobiłam wszystko dobrze.” Zofia zamknęła oczy. — Byłaś pewna… — wyszeptała.
