Letnie słońce paliło centralny plac jak ciężki koc. Stragany z owocami lśniły w świetle, zapach świeżo pieczonego chleba mieszał się z nawoływaniami sprzedawców, dzieci biegały między ławkami i gołębiami, matki krzyczały, a starzy ludzie obserwowali. Dzień jak każdy inny w mieście, który nikt szczególnie nie zapamięta.
Ale dla trójki ludzi ten dzień miał zmienić wszystko.
Maria szła boso po gorącej kostce, jakby to nie bolało. Miała jedenaście lat, jej sukienka była wyblakła, a ciemne włosy rozwiane przez wiatr. Chodziła spokojnie, bez pośpiechu, z czarnymi oczami, które widziały świat inaczej, jakby dostrzegały coś, czego inni nie zauważali. Ludzie zwykle udawali, że jej nie widzą – odwracali wzrok od jej brudnych stóp, marszczyli brwi, przechodzili na drugą stronę ulicy.
Maria jednak nie czuła urazy ani smutku. Po prostu… szukała. Jej oczy przesuwały się po twarzach, straganach, ławkach, jakby rozpoznawały melodię, która jeszcze się nie skończyła. Coś w niej mówiło, że ten dzień będzie inny. Że wreszcie jej oczekiwanie dobiegnie końca.
Wtedy go zobaczyła.
Na drewnianej ławce, w cieniu starego kasztanowca, siedział chłopiec w nieskazitelnie białym garniturze. Mary nie mogła oderwać wzroku od jego spokojnej sylwetki. Miał ciemne okulary, dłonie spoczywały na kolanach, głowę lekko uniesioną, jakby słuchał świata… nie mogąc go widzieć.