Zwykły wypad po jedzenie, który

yszłam tylko na szybki posiłek — nic wielkiego, zwykła sprawa. Zimno jednak było takie, że od razu pożałowałam, że w ogóle otworzyłam drzwi. Termometr pokazywał około –3°C, wiatr wciskał się pod płaszcz, a drobny śnieg nieprzyjemnie kłuł w policzki.

W głowie miałam tylko jeden plan: wrócić jak najszybciej do domu, rozgrzać się w gorącej kąpieli i usiąść z kubkiem gęstej czekolady. Tyle. Bez przygód, bez niespodzianek.

Przy budce na rogu

Kiedy zbliżałam się do małej budki z shawarmą na rogu ulicy, zwolniłam krok. Tuż obok stał mężczyzna, szczelnie owinięty w kilka zużytych warstw ubrań. Trząsł się z zimna, a w ramionach trzymał wychudzonego psa, jakby obaj próbowali ogrzać się nawzajem.

Jego głos był chropowaty, cichy, ale w tej ciszy mroźnego wieczoru brzmiał wyjątkowo wyraźnie.

— Tylko kubek ciepłej wody, proszę — poprosił.

„Życzliwość nic nie kosztuje, a potrafi zmienić wszystko.”

Sprzedawca nawet na niego nie spojrzał. Zamiast tego odburknął ostro, żeby sobie poszedł. Pies zapiszczał cicho, jakby przestraszony tonem, i wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka — ten rodzaj ukłucia w sercu, którego nie da się zignorować.

W jednej chwili usłyszałam w myślach słowa mojej babci: że czasem wystarczy drobny gest, żeby komuś uratować dzień. A może i coś więcej.