Wróciłem do domu w mundurze galowym, z medalami przypiętymi równo do piersi. Deszcz wisiał w powietrzu jak ciężka zasłona, a ulica była szara i rozmyta. Taksówka stała jeszcze przy krawężniku, silnik mruczał niecierpliwie, jakby kierowca przeczuwał, że za chwilę zrobi się niezręcznie.
Wjechałem wózkiem pod znajomy podjazd. Ten sam, który kiedyś odśnieżałem zimą, narzekając co najwyżej na zadanie z matematyki. Teraz nachylenie wydawało się strome jak górska ścieżka, a metalowe obręcze kół parzyły dłonie chłodem.
