Był to jeden z tych ponurych, zimowych popołudni, gdy mróz zdawał się nie mieć zamiaru ustąpić. Wychodziłam z supermarketu, próbując utrzymać w rękach torby, jednocześnie broniąc się przed zimnym wiatrem. Był to trudny rok od momentu, gdy zmarł mój mąż; żałoba ciążyła mi na sercu, a zmęczenie samotnego macierzyństwa zdawało się nie mieć końca. Czasem miałam wrażenie, że poruszam się tylko z przyzwyczajenia.
Gdy wkładałam ostatnią torbę do bagażnika, zauważyłam postać siedzącą na krańcu parkingu. Mężczyzna, owinięty w poszarpany koc, skulony z zimna. Jego policzki były zaróżowione, a oczy zapadnięte od pogłębiającego się zmęczenia. Obok niego leżał wychudzony pies, drżący przy jego nodze. To, jak czuwał nad psem, opierając mu ochronnie dłoń na grzbiecie, sprawiło, że zawahałam się.
