— Naprawdę? Zameldować twojego brata w MOIM mieszkaniu?! — spojrzałam na męża z niedowierzaniem.
Olga pamiętała tamten dzień sprzed ośmiu lat, kiedy po raz pierwszy przyprowadziła Andrieja do swojego mieszkania. Trzypokojowe, jasne, na czwartym piętrze dziewięciopiętrowego bloku w spokojnej dzielnicy. Kupiła je za własne pieniądze rok przed poznaniem przyszłego męża, odkładając przez pięć lat, pracując jako nauczycielka matematyki w szkole.
Pensja była skromna, około czterdziestu tysięcy, ale Olga odkładała po piętnaście–dwadzieścia tysięcy miesięcznie, odmawiając sobie wszystkiego. Kiedy w końcu zebrała potrzebną kwotę na wkład własny i zaciągnęła kredyt hipoteczny, jej radości nie było końca.
Olga włożyła w to mieszkanie nie tylko pieniądze — włożyła w nie duszę. Sama wybierała tapety, meble, zasłony. Remont robiła z ojcem, który przyjeżdżał z wioski, aby pomóc córce. Każde pomieszczenie było urządzone z miłością i troską. Kiedy wszystko było gotowe, Olga stanęła na środku salonu i pomyślała: to moje. Moje mieszkanie, moja praca, moja niezależność.
Andrieja Olga poznała na konferencji pedagogicznej. Wtedy przyszły mąż pracował jako nauczyciel fizyki w technikum, zarabiał nieco więcej — około pięćdziesięciu tysięcy. Wysoki, spokojny, z łagodnym głosem i uważnym spojrzeniem.
Rozmawiali przy obiedzie, wymienili się numerami telefonów, zaczęli się spotykać. Andriej był taktowny, nie wtrącał się do jej prywatności, niczego nie wymagał. Olgę wydawało się, że znalazła bratnią duszę — tak samo cichego introwertyka, ceniącego spokój i stabilność.