W domu pogrzebowym panowała cisza, taka cisza, która ściska serce. Tylko jeden dźwięk się przebijał: gorączkowe drapanie. Pies mojego brata Finna, Scrappy, drapał dziko krawędź wypolerowanej trumny. Początkowo ludzie myśleli, że to żałoba. Ale ja wiedziałem lepiej. To było ostrzeżenie.
Mężczyźni z klubu motocyklowego Finna stali za mną, w sztywnych skórzanych kurtkach, z nieprzeniknionymi twarzami. Mieli być jego rodziną. A jednak, gdy łapy Scrappy’ego zadudniły o drewno, dostrzegłem jakiś błysk w ich oczach. Nie smutek. Nie współczucie. Strach.
