Hotel Green Hill górował nad miastem jako pomnik zasobów i organów. Jego marmurowe schody błyszczały pod porannym słońcem, gdy przywódcy i turyści wpadali i wychodzili, nigdy nie wystąpiły dwa razy na mężczyznę, który wyszedł na zewnątrz.
Zawsze tam był. Opuszcza się na Starym wózku inwalidzkim, owinięty szmatami, z dziką brodą, skórą zaciemnioną przez bezlitosne słońce. Nigdy nie umarł, nigdy nie mówił, nigdy się nie poruszał. Ludzie nazywani go niemym Mojżeszem. Dla kontroli był niewidzialny-po prostu kolejny duch biedy na drogach miasta.
