Tego grudniowego popołudnia powietrze wisiało nisko, ciężkie od zimna sączącego się przez stare ramy okienne i spod krzywych drzwi. Stałem przed sypialnią mojego syna Matthew, szczelnie owinięty w wyblakły flanelowy szalik. W dłoni drżała mi koperta bankowa. W środku znajdowało się konto oszczędnościowe z depozytem w wysokości nieco ponad 20 000 dolarów – spadek po moim zmarłym bracie z Phoenix.
To nie była fortuna, ale dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Miałam plany związane z tymi pieniędzmi: lepszy pokój dla rodziny Matthew, nowy bojler i wystarczająco dużo pieniędzy na nagłe wypadki, takie jak rachunek za szpital czy przeciekający dach. Myślałam, że te pieniądze przyniosą nam spokój ducha.
