Było pochmurne popołudnie w centrum Manili. Niebo zdawało się nie móc się zdecydować, czy ma padać, czy nie. Ulice wypełniał typowy chaos: sprzedawcy nawoływali potencjalnych klientów, trąbiły trójkołowce, a w powietrzu unosił się aromat grillowanego jedzenia ulicznego.
Thomas Reyes, 34-letni konsultant ds. oprogramowania, właśnie zakończył długie spotkanie z klientem i postanowił zjeść późny lunch w lokalnym punkcie gastronomicznym. Nie miał ochoty na nic wyszukanego, tylko na coś szybkiego i sycącego. Zamówił talerz ryżu adobo z jajkiem sadzonym, porcję lumpii i butelkę wina.
