„Puść mojego ojca, a ja pozwolę ci odejść”.
Słowa te wyszły z ust małej dziewczynki, nie wyższej niż ława sędziowska, z warkoczami wilgotnymi od deszczu na zewnątrz i skrzypiącymi butami na marmurowej podłodze. Na chwilę sala sądowa zamarła. Potem wybuchnął śmiech.
