W sali panowała niezręczna cisza, przerywana jedynie cichym szeptem niedowierzania wśród gości. Moje serce, choć ciężkie, było stanowcze. To było nieoczekiwane crescendo symfonii kłamstw, ale nadszedł czas, by zadyrygować finałem.
Karen leżała na podłodze, a jej zapłakana twarz przypominała maskę zdrady i strachu. Jej brawura prysła, a teraz była tylko przestraszoną dziewczyną uwięzioną we własnej sieci. Chciałam poczuć współczucie, ale jedyne, co mogłam wykrzesać, to obojętna ciekawość wobec tej nieznajomej, którą myślałam, że znam.
