Wieczór w domu Eleny Wiktorownej był cichy i spokojny. Zapadał już zmierzch, liście leniwie szeleściły w ogrodzie, a w kuchni unosił się zapach świeżego chleba i barszczu mamy. Na pierwszy rzut oka nic nie zwiastowało kłótni. Ale w powietrzu wisiało napięcie, jakby ściany dawno znudziły się utrzymywaniem niewypowiedzianych treści.
Andriej siedział przy stole, dotykając w palcach małego pudełka z obrączkami ślubnymi. Czekał na tę chwilę miesiącami, podczas gdy rzemieślnicy wytwarzali je na zamówienie. Każda linia, każda litera grawerunku została skrupulatnie przemyślana. To nie była zwykła biżuteria – to był symbol jego przyszłego życia z Mariną, kobietą, którą wybrał całym sercem.
