Mimo to wciąż szukałem. Mój wzrok omiatał każdy zakątek obrazu. Studiowałem regały z książkami. Badałem cienie pod meblami. Przyglądałem się roślinom, ramom obrazów, a nawet fałdom zasłon. Każdy przedmiot stawał się podejrzany. Każdy kształt sugerował zarys twarzy albo zakrzywienie ogona. Nadchodził moment, gdy wydawało mi się, że to widzę, i moje serce podskakiwało z nadziei, by zaraz zaniknąć, gdy iluzja rozpływała się we wzorze poduszki albo kształcie wazonu.
Gdzieś w głębi tej narastającej irytacji, zaczęło kiełkować rozbawienie. Było coś dziwnie pocieszającego w uświadomieniu sobie, że prosty obrazek potrafi tak całkowicie przykuć moją uwagę. Przypomniało mi to popołudnia z dzieciństwa, spędzone na wpatrywaniu się w książki z łamigłówkami, nie poddając się, dopóki nie znajdę wszystkich ukrytych przedmiotów. To doświadczenie przeniosło mnie z powrotem do tych cichych chwil, gdy świat wydawał się grą, którą mogłem rozwiązać, wpatrując się nieco uważniej.
W końcu pogodziłem się z myślą, że potrzebuję pomocy. Wpisywałem słowa niemal nieśmiało. Szukałem od dziesięciu minut i wciąż nie mogę znaleźć czwartego kota na obrazku. Potem dodałem prostą prośbę o odpowiedź. Czułem się, jakbym przyznał się do porażki, ale jednocześnie czułem się, jakbym dołączył do społeczności ludzi, którzy podzielili ten sam moment zagubienia i ciekawości.
A czasem to właśnie jest prawdziwa radość z układania puzzli. Nie zwycięstwo, ale wspólne poszukiwanie tego, co wszyscy pragną zobaczyć.