Lina otworzyła usta, jej oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
— Ale… dlaczego?
Karl zdobył się na słaby uśmiech.
— Bo są rzeczy, które nie powinny mieć ceny.
Owczarek podszedł bliżej, ostrożnie powąchał jego dłoń i lekko zamachał ogonem, jakby aprobował decyzję. Karl pogłaskał psa po głowie.
— Pilnuj ich dobrze, przyjacielu — mruknął.
Spojrzał na swoich braci. Już wiedzieli. Nie musiał nic mówić. W ich oczach płonęła ta sama złość. Nie ślepa furia, lecz coś głębszego. Ogień rodzący się z poczucia, że świat zawiódł niewinnych.
— Zostań przy mamie — powiedział łagodnie do Liny. — Wrócę.
Kilka minut później cztery silniki znów zawyły. Żelazne dusze nie były świętymi, ale miały swój kodeks. A dziś ten kodeks domagał się sprawiedliwości.
Ślad, o którym wspomniała Lina — „Kaufmann i Spółka” — zaprowadził ich pod szklany wieżowiec w centrum miasta. Karl zaparkował Harleya prosto na marmurowych schodach i wszedł przez drzwi, jakby budynek należał do niego. Recepcjonistka zamarła w pół zdania. Karl nie zwolnił kroku. Szedł prosto do narożnego gabinetu, gdzie pan Kaufmann, dyrektor generalny, siedział w skórzanym fotelu z telefonem przy uchu, jakby zarządzał imperium.
— Co to ma znaczyć?! — warknął Kaufmann, gdy czterech bikerów weszło do środka.
Karl położył coś na nieskazitelnym biurku. Kartonowy napis Liny.
— To — powiedział spokojnie — jest cena twoich sępów.
Kaufmann zmarszczył brwi.
— Nie wiem, o czym pan mówi.
Głos Karla pozostał spokojny. Zbyt spokojny.
— Kobieta o imieniu Elena pracowała dla ciebie. Zwolniłeś ją, kiedy poprosiła o kilka tygodni więcej, żeby móc wyżywić córkę. Teraz siedzi pod drzewem i głoduje. Jej dziecko próbuje sprzedać rower, żeby kupić jedzenie.
Po raz pierwszy Kaufmann zamilkł. Złoty zegarek na jego nadgarstku nagle wyglądał jak ciężar winy. Karl pochylił się lekko, jego spojrzenie było ostre.
— Lubisz nazywać się dobrym człowiekiem? — zapytał cicho. — Więc to udowodnij.
Powietrze zgęstniało.