Mój przyszły zięć raz po raz dopytywał o granice naszej ziemi. Nie raz, nie dwa — za każdym razem, gdy odwiedzał naszą ranczo w Kolorado. Tyler stał przy kuchennym oknie z filiżanką kawy w dłoni i wpatrywał się w łąkę aż do linii drzew, tam, gdzie kończyła się nasza posiadłość.
— Gdzie dokładnie kończy się twoja ziemia, Robercie? — zapytał od niechcenia, jakby prowadził zwykłą pogawędkę.
