Samotna miliarderka-CEO nie dostaje stolika w sylwestra — wtedy wstaje czarnoskóry samotny ojciec i daje jej znak

— Mamy wolne krzesło! — zawołała dziewczynka. — Może pani usiąść z nami!

Maître d’hôtel wyglądał na zakłopotanego.
— Pani Carter, bardzo mi przykro. Mogę poprosić, żeby przestali…

— Nie — usłyszała własny głos. — W porządku.

Nie wiedziała dlaczego to powiedziała. Każdy instynkt kazał jej odmówić i wyjść. Była Rachel Carter. Nie przyjmowała zaproszeń od obcych. Nie siadała przy cudzych stolikach jak zagubiona dusza.

Ale dziewczynka nadal się uśmiechała. A mężczyzna — bez cienia litości czy rozpoznania jej statusu — patrzył z cichą pewnością, jakby rozumiał coś, czego ona sama nie potrafiła nazwać.

Podeszła.

— Carlos — przedstawił się, podając jej rękę. Uścisk był ciepły i pewny. — To moja córka, Sophia.
— Mam siedem lat! — oznajmiła. — I jesteś naprawdę ładna. Jesteś księżniczką?

Mimo oporu Rachel poczuła, jak kąciki jej ust unoszą się w uśmiechu.
— Nie, nie jestem księżniczką.
— To dobrze. Księżniczki są nudne. Tylko czekają w wieżach. Ty wyglądasz jak ktoś, kto robi rzeczy.

Carlos odsunął krzesło.
— Proszę, niech pani usiądzie.

Rachel zawahała się. Mogła jeszcze odejść. Mogła wymyślić wymówkę i wrócić do pustego penthouse’u. Zamiast tego usiadła.

— Dziękuję — powiedziała.

I po raz pierwszy od bardzo dawna miała wrażenie, że te słowa coś znaczą.