Ciąg dalszy historii

Wrócił do stołu wyraźnie wzburzony. — Jeden z gości na dzisiejszym ślubie powiedział jej jakąś bzdurę — wycedził. — O naszej intercyzie. O tym, że dom jest zapisany na ciebie. Patrzyłam na niego w milczeniu. — I? — Uznała, że coś ukrywam. Że nie powiedziałem jej wszystkiego. Teraz myśli, że ożeniłem się z nią bez pełnej przejrzystości finansowej.

Uśmiechnęłam się — po raz pierwszy tego wieczoru szczerze. — Ale przecież mówiłeś, że Natalia wie, czego chce. Zignorował ironię. — Powinnaś jej powiedzieć, że dom w mieście rzeczywiście jest twój. I że firma też częściowo należy do ciebie. Żeby nie było nieporozumień. Powoli uniosłam brwi.

— Nic nikomu nie powinnam, Michał. Zacisnął pięści. — Mścisz się? — Nie — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. — Po prostu przestałam cię ratować przed konsekwencjami twoich decyzji. Usiadł ciężko.

— Ona myśli, że nadal masz na mnie wpływ. — A mam? Zamilkł. I w tej ciszy zrozumiałam: nie. Już nie. — Zadzwoniłeś do mnie po ślubie nie dlatego, że chciałeś się pożegnać — powiedziałam cicho. — Zadzwoniłeś, bo się przestraszyłeś.

Odwrócił wzrok. — Przesadzasz. — Zawsze do mnie dzwonisz, kiedy wszystko wymyka się spod kontroli. Spojrzał na mnie długo. — Zawsze potrafiłaś wszystko uporządkować.

— Właśnie. A teraz już tego nie robię. Kelner przyniósł rachunek. Wzięłam go, zanim Michał zdążył sięgnąć ręką. — Zapłacę. — Nie trzeba. — Trzeba — odpowiedziałam spokojnie. — To moja kolacja pożegnalna.

Włożyłam kartę. Podpisałam rachunek. Patrzył na mnie tak, jakby widział obcą kobietę. — Naprawdę wyjeżdżasz? — zapytał ciszej. — Tak. — I to wszystko?

Wstałam. — I to wszystko. Założyłam płaszcz. Za oknem zaczynała mżyć. — Jesteś szczęśliwa? — zapytał niespodziewanie. Zastanowiłam się. Nie o nim. O sobie.

— Jeszcze nie — odpowiedziałam szczerze. — Ale będę. Odwróciłam się w stronę wyjścia. — Jeśli Natalia chce znać prawdę, powiedz jej sam. Jeśli już teraz ci nie ufa, to nie jest mój problem. Nagle rzucił: — Pożałujesz.

Zatrzymałam się przy drzwiach. — Nie, Michał. Pożałowałam tylko jednego — że zbyt długo ci wierzyłam. Wyszłam na ulicę. Deszcz był chłodny, ale świeży. Wzięłam głęboki oddech. Telefon zawibrował w torebce. Spojrzałam na ekran. Michał.

Odrzuciłam połączenie. Po chwili przyszła wiadomość: „Ona wyszła. Ślubu nie będzie. Jesteś zadowolona?” Długo patrzyłam na te słowa. Nie czułam triumfu. Ani satysfakcji. Tylko ciszę. Odpisałam:

„To był twój wybór. Jak wszystko inne.” I zablokowałam numer. Miesiąc później stałam na werandzie małego domu w Willow Creek. Słony wiatr od oceanu rozwiewał mi włosy. Dom był stary, ale solidny. Pachniał drewnem i morzem. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. W salonie stał prosty, drewniany stół. Przesunęłam po nim dłonią. Osiem lat temu wierzyłam w bajkę. Dziś wierzyłam tylko w siebie.

Wyjęłam pierścionek z kieszeni — ten prawdziwy, którego nigdy mu nie oddałam. W pudełku zostawiłam pustkę. Ten nosiłam kiedyś jak symbol. Teraz był tylko wspomnieniem. Podeszłam do okna. Fale uderzały o brzeg. Telefon znów zawibrował. Nieznany numer. Nie odebrałam. Otworzyłam okna na oścież. Wiatr wdarł się do domu, wypełniając go szumem oceanu.

Przeszłość została tysiące kilometrów stąd. I po raz pierwszy od wielu lat nie czułam pustki, lecz przestrzeń. Przestrzeń na nowe życie. Zamknęłam drzwi, przekręciłam klucz i szepnęłam do siebie: — To już naprawdę koniec. I to nie był koniec. To był początek.