Barbara stanęła tak blisko, że Alicja poczuła zapach jej perfum zmieszany z alkoholem i czymś kwaśnym — jakby zleżałą złością, która latami kisiła się w środku. — No? — przeciągnęła teściowa, krzyżując ramiona na piersi. — Co tak milczysz? Będziemy mówić prawdę, czy znowu będziesz trzepać rzęsami? Alicja powoli wypuściła powietrze. W środku wszystko drżało, ale gdzieś pod tą drżenią zaczynało narastać zmęczenie — ciężkie, lepkie, silniejsze niż strach. — Nie zamierzam odchodzić do nikogo innego — powiedziała nieco pewniej. — I nikogo nie mam. — Ach tak?! — Barbara rozłożyła ręce. — To ja to wszystko sobie wymyśliłam? A walizka przy drzwiach to też moja fantazja? Sama tu podskoczyła?
Pochyliła się, chwyciła rączkę walizki i szarpnęła ją w swoją stronę. — To rzeczy mojego syna! Chciałaś coś wynieść z mojego domu?! — Puść — Alicja zrobiła krok w przód, nie zauważając, jak głos jej stwardniał. — To są moje rzeczy. — Twoje? — Barbara uniosła brew. — A kto dał ci dach nad głową? Kto płaci rachunki? Kto cię tu karmi, poi i znosi?! — Ja też pracuję — odparła Alicja i coś w niej pękło. — I za wiele rzeczy płacę sama.
Barbara na sekundę znieruchomiała. Tylko na sekundę — ale Alicja to dostrzegła, jak rysę na kamieniu. — Oho, zaczęła się stawiać — syknęła. — Proszę, jaka odważna. Puściła walizkę i podeszła bliżej. — Myślisz, że tak po prostu odejdziesz? Spakowałaś się i pa? A Rafał, między innymi, jest teraz w pracy! Haruje! A ty w tym czasie co robisz? Uciekasz! — Nie uciekam — Alicja uniosła podbródek. — Odchodzę.
Słowo zabrzmiało zaskakująco nawet dla niej samej. Barbara mrugnęła. — Co? — Odchodzę — powtórzyła Alicja wolno. — Bo tak dalej się nie da. Zapadła ciężka cisza. Zegar na ścianie tykał ogłuszająco głośno. — Ty… — teściowa zmrużyła oczy. — Co ty właśnie powiedziałaś?
— Powiedziałam, że mam dość — głos Alicji zadrżał, ale nie cofnęła się. — Ciągłych krzyków. Kontroli. Upokorzeń. Grzebania w moim telefonie, śledzenia mnie, dzwonienia do mojej siostry za moimi plecami. Decydowania za mnie, dokąd mam iść i co robić. Żyję tu jak pod dozorem. — A więc tak to widzisz — Barbara parsknęła śmiechem. — Czyli to ja jestem winna? To ja zmuszałam cię do kłamstw? — Kłamałam, bo się bałam — wyszeptała Alicja. — Bo każdy mój ruch kończy się przesłuchaniem. — Bała się… — teściowa przewróciła oczami. — Biedactwo. A mój syn to niby się nie boi? Myślisz, że z taką żoną ma lekko?