Ciąg dalszy historii

Krótka cisza po drugiej stronie. — Jest pan pewien? — Wyszedł na moją córkę. W głosie inspektora natychmiast zniknęła urzędowa powściągliwość. — Gdzie pan jest?

— Jadę na stary magazyn przy nabrzeżu. On zawsze lubił symbolikę. Nowicki westchnął. — Proszę nie wchodzić do środka bez nas. Ale Tomasz już wiedział: Łukasz liczył właśnie na osobiste spotkanie. Gdy podjechali pod opuszczony budynek, zapadał zmrok, nadając miejscu jeszcze bardziej ponury charakter. Tomasz poprosił Hannę, by została w samochodzie, blokując drzwi.

— Jestem blisko. Policja też będzie blisko — powiedział łagodnie. — Wszystko będzie dobrze. Wszedł do środka. Jego kroki odbijały się echem w pustej przestrzeni. — Wiedziałem, że przyjdziesz — odezwał się znajomy głos. Z cienia wyłonił się mężczyzna. Twarz postarzała się, ale blizna na policzku była ta sama.

— Nie zmieniłeś się, Łukasz — powiedział spokojnie Tomasz. — A ty stałeś się ostrożniejszy. Chowasz się za prawem, za policją… — uśmiechnął się szyderczo Dąbrowski. — Ale strach w oczach twojej córki był prawdziwy. Przyznaj, to boli. Tomasz zrobił krok naprzód. — Wciągnąłeś w to dziecko. To twój ostatni błąd. W tej chwili na zewnątrz rozległy się syreny. Czerwono-niebieskie światła przecięły mrok przez brudne okna magazynu.

Twarz Łukasza wykrzywiła się gniewem. — Wciąż grasz uczciwie, Zieliński… — syknął. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Inspektor Nowicki i dwaj funkcjonariusze szybko weszli do środka. — Łukasz Dąbrowski, jest pan zatrzymany za groźby karalne i próbę wymuszenia — zabrzmiał stanowczy głos. Dąbrowski rzucił Tomaszowi krótkie spojrzenie — pełne nienawiści i bezsilności — po czym powoli uniósł ręce.

Kiedy wszystko się skończyło, Tomasz wyszedł na zewnątrz. Zimne wieczorne powietrze uderzyło go w twarz. Hanna wybiegła z samochodu i rzuciła mu się w ramiona. — Tato! Uklęknął i mocno ją przytulił. — Już dobrze. Nikt więcej cię nie skrzywdzi.

Inspektor podszedł do nich. — Tym razem szybko nie wyjdzie. Groźby wobec dziecka to poważne przestępstwo. Tomasz skinął głową, czując, jak napięcie ostatnich godzin powoli z niego uchodzi. Późnym wieczorem w domu Hanna siedziała na kanapie, owinięta kocem. W jej oczach nie było już paniki — tylko zmęczenie.

— Nie jesteś na mnie zły? — zapytała cicho. — Za co? — zdziwił się. — Bałam się powiedzieć… Tomasz ujął jej dłoń.

— Odwaga to nie brak strachu. To zaufanie mimo strachu. A ty mi zaufałaś. Hanna uśmiechnęła się przez łzy. Tego wieczoru długo siedział przy niej, aż zasnęła. Patrząc na jej spokojną twarz, Tomasz zrozumiał jedno: przeszłość może wrócić, ale teraz ma coś, dla czego będzie walczył do końca. I żadna czerwona pieczęć nie zdoła już zasiać strachu w jego domu.