Zatrzymałam się o krok od stolika kawowego. W pokoju pachniało drogim alkoholem, cytrusami i samozadowoleniem. Marek uśmiechał się szeroko, niemal świątecznie — tym uśmiechem, którego używał na firmowych bankietach i spotkaniach, gdy chciał uchodzić za swojskiego faceta, człowieka „z ludu”. Nie zauważył płaszcza. Nie zauważył torebki. Nie zauważył, że stoję nie przy drzwiach do kuchni, ale dokładnie między nim a jego przełożonym. — Elżbieto? — powtórzył, gdy nie ruszyłam się z miejsca. — Co tak stoisz? Kaczka przecież…
Spojrzałam na niego uważnie. Dwadzieścia cztery lata. Znałam każdą zmarszczkę przy jego oczach, każdą intonację. Teraz w jego głosie brzmiała nuta irytacji — ledwo uchwytna, ale dla mnie wyraźna. Tak mówił, gdy kelner spóźniał się z menu albo kierowca podjeżdżał pod złe wejście. — Kaczka stygnie — powiedziałam spokojnie.
