Dalszy ciąg historii

Spojrzał na mnie. — Pani Elżbieto… przykro mi, że byłem świadkiem tej sceny. — Czasem świadkowie są potrzebni — odpowiedziałam. Skinął głową. — Do widzenia.

Minął Marka i skierował się do drzwi. Ten stał, jakby przyklejony do podłogi. Gdy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zrobiło się nienaturalnie cicho. — Zdajesz sobie sprawę, co właśnie zrobiłaś? — syknął. — Tak.

— To była moja szansa! — Nie — odparłam spokojnie. — To był twój portret. Podszedł do mnie. — Wszystko zepsułaś! — Przez dwadzieścia cztery lata wszystko ci naprawiałam — odpowiedziałam. — Od dziś radź sobie sam.

— Dokąd pójdziesz? — zapytał już mniej pewnie. — Tam, gdzie nie jestem traktowana jak wyposażenie. — Beze mnie zginiesz — wypalił odruchowo. Roześmiałam się. Cicho.

— Marek… jestem główną księgową z dwudziestoletnim stażem. Mam własne konto, którego nigdy nie sprawdzałeś, bo ja przecież wszystko liczę. Mam przyjaciółkę notariuszkę i prawnika, z którym pomagałam twojemu bratu załatwiać sprawy spadkowe. Pobladł jeszcze bardziej. — Co ty… — Złożę pozew o rozwód. Spokojnie. Bez histerii. I bardzo dokładnie.

— Nie odważysz się. — Już się odważyłam. Odwróciłam się w stronę drzwi. — Kaczka całkiem wystygnie — dodałam przez ramię. — Ale przecież lubisz oszczędzać. Zjesz jutro. Nie odpowiedział.

Wyszłam na klatkę schodową. Zimne powietrze uderzyło w twarz, jakby ktoś otworzył okno do innego życia. Winda jechała długo. Stałam prosto. Nie płakałam.

Łzy będą później. Gdy drzwi się zamknęły, spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Kobieta w beżowym płaszczu patrzyła spokojnie. Bez fartucha.

Bez gęsi. Bez roli. I po raz pierwszy od wielu lat — bez strachu.