Kościół lśnił bielą, jakby ktoś zaplanował każdy szczegół do ostatniego płatka róży. W St. Matthew’s Episcopal Church, w spokojnej, zielonej okolicy pod Bostonem, jasny dywan prowadził prosto do ołtarza. Białe róże piętrzyły się w srebrnych stojakach, kryształowe żyrandole rozpraszały ciepłe światło, a kwartet smyczkowy czekał w idealnej ciszy — gotów, by wypełnić przestrzeń muzyką w odpowiednim momencie.
Wszystko wyglądało perfekcyjnie. A jednak ta doskonałość miała w sobie coś niepokojącego — jak starannie sklejona dekoracja, która nie dopuszcza żadnej rysy.
