Twarz blada w wielkich okularach i niewidoczny wyraz, a potem ekran przeszedł do kolejnego obrazu. Śmiech cichł, zastąpiony znajomym tłem wygodnej rozmowy i dźwiękiem sztućców.
Sílvia nagrała krótki film, uśmiechając się do kamery.
„Sprawdzam glow-up reunion”, ogłosiła. „Zobaczymy, kto się pojawi dziś wieczorem.”
Pokazała oko i zatrzymała nagranie, już wyobrażając sobie idealny opis.
Paulo nachylił się do Leonardo, jego złośliwość w prostej emocNiemoc.
„Dwadzieścia, że przyjedzie w Palio 98”, rzucił, uśmiechając się.
„Zgoda”, odpowiedział Leonardo. „Ja stawiam, że w ogóle nie przyjedzie.”
Uścisnęli sobie dłonie, pieczętując zakład.
Dwaj mężczyźni zamieniali przewidywaną hańbę w rozrywkę.
Impreza przebiegała, z gładką energią, która robiła idealne historie. Przyjęcie zaprojektowane dla publikacji, celebracja chowająca okrucieństwo pod warstwami nostalgii i drogiego wina.
A potem muzyka ucichła.
W trakcie utworu zespół nagle przestał grać. Ostry dźwięk ciszy był przerażający, pogubiony. Goście skamienieli, szklanki w połowie drogi do ust zamarły. Rozmowy umarły w połowie zdania. W zbiorowej panice rozwinęło się zamieszanie.
Głęboki, rytmiczny dźwięk zaczął wypełniać przestrzeń, początkowo cichy, niemal niezauważalny, jak odległy puls, który zyskiwał na intensywności.
Bum… bum… bum…
Dźwięk wibrował na ziemi, poruszając szklanymi kieliszkami na stołach, a żyrandole zaczęły kołysać się z rosnącą amplitudą.
Bruno zmarszczył brwi, przesuwając wzrok przez salę.
„Co jest do jasnej cholery?”
Brakowało czegoś dużo silniejszego. Ta dźwiękowa fala wzrastała, trudna do pomylenia. Wibracje były już na tyle silne, że czuło się je w klatce piersiowej, w kościach. Jedna z lamp wywróciła się, rozlewając swoje płynne wnętrze na białą serwetę.
Ktoś stłumił krzyk. Inny wydał nerwowy chichot. Paulo ostrożnie postawił swój whisky na ziemi.
„To musi być burza?”
Jednak to nie była burza. Ten dźwięk był mechaniczny, nieubłagany, regularny.
Hałas wynosił się w górę, wypełniając każdy zakątek, przesłaniając nerwowe szepty. Żyrandole kołysały się coraz bardziej, kryształowe zwisające ozdoby odbijały się z dyskretna melodią. W całej wysokiej szybie pojawiła się cienka szczelina, pękająca na kształt pajęczyny.
Ktoś krzyknął, a tłum rzucił się w kierunku okien i drzwi, bardziej przerażony, desperacko usiłując zobaczyć, co się takiego dzieje. Hałas stał się przerażająco głuchy, masywny bulgot, a ci, którzy byli na zewnątrz, zaczęli się osuwać i nie wiedzieli, co się dzieje dalej.
Cały budynek drgnął.
Sílvia niezdarnie dotarła do najbliższego okna, trzymając telefon w dłoni, jej twarz zdradzała lęk. Położyła dłoń na szkle.
„Co się dzieje?”, szepnęła.
Drzwi i okna nagle otworzyły się pod wpływem silnego wiatru, a tłum zalał się na trawnik w szale paniki. Na zewnątrz, nocne powietrze było przesycone pyłem i nieprzerwaną hałasą. Idealnie wypielęgnowana trawa zostawała wciągana przez wirujący obłok, unoszący coś masywnego opadającego z nieba.
Na tle kurzu wyłoniła się ogromna forma, zbiegając z nieba jak boska interwencja lub apokaliptyczny wyrok.
Śmigłowiec szturmowy AH-64 Apache był kolosalny.
Jego wirniki targały powietrze z opanowaną brutalnością, wyrzucając ziemię i źdźbła trawy w zwrotnych świstech. Lądowisko świeciło białą jasnością, oświetlając dwieście zamrożonych twarzy, które stały przy strugy trawnika, z otwartymi ustami, rozdziawionymi oczami, nie mogącym pojąć, co się dzieje.
Śmigłowiec lądował powoli, jakby miał cały czas świata.
Hałas był nieznośny. Wiatr nie był mylący.
A mimo to nikt się nie poruszył, zahipnotyzowany tym niemożliwym widokiem.
Apache w końcu dotknął ziemi z głośnym, stłumionym dźwiękiem, jego podwozie wgryzło się w miękką ziemię. Wirniki zaczęły zwalniać, ryk przekształcając się w potężne bzyczenie, podczas gdy pył opadał. Cisza, która nastąpiła, zdawała się cięższa niż hałas, niosąc ze sobą napięcie elektryczne.
Drzwi boczne otworzyły się. Ręka w rękawicy chwyciła futrynę. But dotknął ziemi. Kamera zatrzymała się na sylwetce — ciemnej, surowej, wyraźnie odciętej na tle światła od wnętrza. I przez długi moment nikt się nie poruszył. Nikt nie mówił.
Głos Sílvia przerwał tę ciszę, prawie niesłyszalny, drżący:
„Eloá…”
Sylwetka wyszła z urządzenia, a Eloá Silveira stała przed nimi, nie do poznania.
Dziewczyna z bladej i kruchliwej postaci z obrazka promocyjnego zniknęła, zastąpiona przez kobietę, której sylwetka została wymodelowana przez dyscyplinę, poświęcenie i doświadczenia, które daleko współczesne myślenie tej publiczności. Nosząc idealnie dopasowany mundur lotniczy w odcieniu oliwkowym, z naszywkami: Marinha do Brasil, Esquadrão HA-1 (eskadra śmigłowców szturmowych). Naszywka z tridentem błyszczała na jej piersi, jednoznacznie.
Jej włosy były zebrane w ciasny, praktyczny upięcie, twarz spokojna, wymodelowana latami intensywnego szkolenia. Zsunęła kask gładkim ruchem i wsunęła go pod pachę, jej wzrok przeszukiwał tłum z całkowitą pewnością.
Nie uśmiechnęła się, ani jej to nie było potrzebne.
Za nią wyszło jeszcze dwóch członków załogi, również w mundurach, zajmując pozycję z szacunkiem. Młodszy sierżant uniósł rękę w precyzyjnym geście salute.
„Dowódca, pozostajemy w gotowości.”
Eloá odpowiedziała mu w salute, doskonałej w precyzji.
„Dziękuję, sierżancie.”
Wyszła naprzód, a tłum otworzył się przed nią, nie przez świadome wybory, lecz dlatego, że jej obecność czyniła każdą inną reakcję niemożliwą. Kroczyła z pewnością osoby, która dokładnie wie, kim jest. Każdy krok był wyważony, przemyślany. Nie była tutaj, aby się przechwalać, ani się spieszyć.
Była po prostu tutaj.
Szeptaną wieść zaczęto rozprzestrzeniać jak ogień.
„Czekaj, czy to nie ta, która…?” Zazwyczaj zdanie się urywało.
„Ekstrakcja w Mozambiku? To była jej załoga.”
„Na Boga, jest pilotem wsparcia GRUMEC, nurków bojowych?”
„Otrzymała Medal Zasługi Morskiej!”
Szepty stawały się głośniejsze, nakładając się, powiększając się w falę świadomości. Telefony wyskoczyły jak z ukrycia, ekrany rozbłysły, gdy ludzie gorączkowo wpisywali jej imię, natrafiając na artykuły, zdjęcia, dekoracje. Dowody były niezaprzeczalne.
Eloá dotarła do wejścia, gdzie Bruno, Sílvia, Paulo i Leonardo stali w bezruchu, ich twarze wyblakły z koloru, znieruchomieni w między sobą ze wstrząsem i rodzącym się przerażeniem.
Zatrzymała się tuż przed Brunem i spojrzała mu w oczy.
„Wysłałeś mi zaproszenie”, wyznała, jej głos doskonale stonowany, bez najmniejszej złości, jakoby stwierdzenie faktu.
Bruno zająknął się, jego usta otwierały się i zamykały w próżni.
„Ja… tak…”
Eloá zaświeciła przyjmując to spojrzenie bez emocji.
„Właśnie przysłaliście mi zaproszenie dokładnie, to jest, bo się zaśmiewaliście,” powiedziała, jej spojrzenie wpatrzone w jego. „Cieszę się, że przyszliście. więcej nie wróci.”
Przeszła obok nich.
Nie ruszyli się, niezdolni do tego, sparaliżowani przez zakres ich błędnych kalkulacji.
W środku film powracający do epilogów, eleganckie zdjęcie Eloá z zdjęciem w skarbczyku.
W centrum pomieszczenia stawała, wznosząc wzrok, gdy wszystkie spojrzenia się na niej zwróciły. Kontrast między przeszłością a teraźniejszością był zapierający dech.
Pojawił się starszy mężczyzna, w mundurze od ceremonii Marynarki Wojennej, ok. pięćdziesięcioletni, z piersią pokrytą odznaczeniami.
Kapitan Dornelles zbliżył się z autorytetem, który instynktownie wywoływał u gości wrażenia.
„Dowódca Silveira”, powiedział, jego głos rozbrzmiewał w całej przestrzeni.
Eloá obróciła się, a wyraz szczerego zaskoczenia przesunął się przez jej oblicze.
„Kapitan Dornelles!”
Uśmiechnął się szeroko.
„Byłem w pobliżu. Powiedziano mi, że możesz tu być. Chciałem cię przywitać.”
Wyciągnął dłoń, którą Eloá mocno uścisnęła.
Kapitan Dornelles obrócił się do sali, a jego głos zwrócił uwagę wszystkich.