Mary zamilkła na chwilę, jakby

Mary skinęła głową i uśmiechnęła się lekko — pierwszy raz odkąd ją znałam. Potem wyszła, zamykając cicho drzwi.

Stałam oparta o ścianę i płakałam. Nie ze smutku, lecz z ulgi. To był koniec.

Kilka tygodni później dowiedziałam się, że Tom trafił na odwyk. Nie wiedziałam, czy sam się zgłosił, czy zmusiły go władze, ale pierwszy raz od dawna poczułam nadzieję — nie dla niego, lecz dla Davida. Może kiedyś będzie mógł powiedzieć: „Mój ojciec się podniósł.”

Życie wróciło do rytmu. Praca, przedszkole, kolacje, bajki przed snem. Od czasu do czasu Mary wysyłała krótkie wiadomości: „Upiekłam szarlotkę. Mogę przynieść dla Davida?” albo „Tom dziś spokojny. Mówi, że kiedyś chciałby zobaczyć syna.” Nie było już w jej słowach żółci, tylko łagodność i pogodzenie się z losem.

Pewnej niedzieli poszłyśmy razem do parku. Mary i David rzucali piłkę, śmiejąc się oboje. Patrzyłam na nich i czułam spokój. Moje życie nie było idealne, ale było moje — prawdziwe.

Kiedy wracaliśmy, Mary zatrzymała się i dotknęła mojego ramienia.

— Clara, dziękuję. Nie tylko za Davida… za wszystko. Miałaś rację. Każdy musi sam naprawić swoje błędy.

Uśmiechnęłam się.

— Może. Ale dobrze, gdy ktoś mimo wszystko potrafi przebaczyć.

— Może to właśnie jest moje przebaczenie, — powiedziała cicho.