— Nie wiem. Mówię mu: zadzwoń, odwołaj. A on: jak mogę, przecież ona jest sama.
— Nie, twoja mama nie przyjdzie
— Sama?! — głos Zofii podskoczył o oktawę. — Ma pół dzielnicy koleżanek, ma siostrę! Em, słuchaj, możesz przyjechać do nas na święta. Miejsca wystarczy, rodzice wyjechali na wieś.
— Dzięki, Zofia. Ale to jest moje mieszkanie. Dlaczego ja miałabym wyjeżdżać?
Emma spojrzała w ciemne okno, w którym odbijało się jej zmęczenie, i nagle zrozumiała: rozmowa w kuchni była dopiero początkiem.
Bo prawdziwe pytanie miało paść później… i zmienić wszystko.
Emma siedziała jeszcze długo, nie ruszając się. Telefon zgasł, pokój wypełniła cisza, przerywana tylko szumem samochodów za oknem. Z kuchni dobiegały stłumione kroki — Łukasz chodził tam i z powrotem, jakby szukał wyjścia, którego nie było.
Wstała powoli, jakby jej ciało ważyło dwa razy więcej, i wróciła do kuchni. Łukasz odwrócił się natychmiast, jakby na nią czekał.
— Nie chcę się kłócić — powiedział pierwszy. Głos miał cichy, niemal winny. — To tylko… Boże Narodzenie.
— Właśnie dlatego — odpowiedziała Emma. — To święta. Dom. Ludzie, z którymi wybierasz być.
Przeciągnął dłonią po włosach i usiadł.
— Stawiasz mnie przed wyborem.
— Nie — pokręciła głową. — Ja tylko pokazuję ci, że już go dokonałeś. Beze mnie.
— To nieprawda.
— Prawda — powiedziała spokojnie. I ten spokój był straszniejszy niż krzyk. — Nie zapytałeś mnie. Postawiłeś mnie przed faktem. A teraz oczekujesz, że to zaakceptuję, bo „to przecież mama”.
Zamilkł. Po raz pierwszy tego wieczoru — naprawdę.
— Jestem zmęczona byciem na drugim miejscu — kontynuowała. — Zmęczona dostosowywaniem się. Zmęczona świadomością, że moje „my” zawsze jest po jej „ona”.
— Nie wiedziałem, że aż tak cię to boli…
— Właśnie — przerwała. — Nie wiedziałeś. Bo nie myślałeś.
Zapadła cisza. Długa, ciężka. Łukasz powoli wyjął telefon i spojrzał na ekran, jakby ważył go w dłoni.