Rafał mówił cicho, niemal szeptem, jakby bał się, że ściany mogą podsłuchiwać. — Zofio… twój ojciec był bardzo ostrożnym człowiekiem. Kiedy zaczął przygotowywać sprzedaż firmy,
Odwrócił ekran. — Zadziałały trzy niezależne mechanizmy. Bazy celne, monitoring finansowy i międzynarodowy rejestr podejrzanych serii. — Co to znaczy? — To znaczy, że lokalne służby dostały sygnał. I że właśnie są… powiedzmy delikatnie… witani. Nie pozwolono mi do nich dzwonić.
Ale oni zadzwonili sami. Wideopołączenie. Twarz Piotra wypełniła ekran. Nie uśmiechał się już. Za nim stało dwóch mężczyzn w mundurach. — Zofia… — zaczął, a głos mu zadrżał. — Tu chyba zaszło jakieś nieporozumienie. Te pieniądze… oni mówią, że… Kamera się poruszyła.
Pojawiła się Krystyna. Blada. Z zaciśniętymi ustami. — Coś zrobiłaś — syknęła. Patrzyłam w ekran z dziwnym spokojem. — Nic nie zrobiłam, Krystyno. Po prostu zabraliście to, co do was nie należało. — To były rodzinne pieniądze! — wrzasnęła.
— To był mój spadek — odpowiedziałam równo. Piotr przełknął ślinę. — Zofia… możemy się dogadać. Powiesz, że to była pomyłka. Że dałaś nam te pieniądze. — Powiem prawdę — odparłam. I odrzuciłam połączenie.
Dwa dni później poinformowano mnie oficjalnie. Piotr i Krystyna zostali zatrzymani pod zarzutem międzynarodowych przestępstw finansowych i nielegalnego wywozu dużej sumy gotówki. Rozpoczęto procedurę ekstradycyjną. Pieniądze — niemal wszystkie — odzyskano. — Niemal? — zapytałam. — Kilka tysięcy zdążyli wydać na apartament i usługi na lotnisku — odpowiedział detektyw. — Reszta wraca do pani.
Skinęłam głową. Myślałam, że będę się cieszyć. Ale czułam tylko zmęczenie. I pustkę. Miesiąc później siedziałam w sali sądowej, podpisując papiery rozwodowe.
Piotr patrzył w blat stołu. Krystyna wpatrywała się w ścianę. Gdy wszystko się skończyło, wstałam. — Zniszczyłaś nam życie — wysyczała. Zatrzymałam się.
— Nie, Krystyno. Sami to zrobiliście. Ja tylko przestałam was ratować. I wyszłam. Pół roku później sprzedałam dom. Zmieniłam miasto. Założyłam fundację imienia ojca — pomagającą przedsiębiorcom, którzy zaczynali od zera i nie chcieli grać nieczysto.
Czasem śnił mi się sejf. Otwarty. Pusty. A potem budziłam się i przypominałam sobie:
pieniądze wróciły. Sprawiedliwość — też. A ludzie, którzy nazwali mnie „frajerką”, zostali po drugiej stronie krat. I po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiechałam się naprawdę.