Poranek nad Lyonem budził się powoli, jakby nie chciał zakłócać ciszy, która spowiła wzgórze Fourvière. Słońce wspinało się leniwie po dachach, a delikatne światło wlewało się przez okno niewielkiego mieszkania Élise i Marca. Kobieta stała przy parapecie, opierając się o chłodny mur, jedną dłonią głaszcząc zaokrąglony brzuch.
— „Jeszcze troszkę, maleństwo… już niedługo się poznamy” — wyszeptała z czułością.
Choć ciąża dawała jej się we znaki, serce miała przepełnione spokojem, a przynajmniej próbowała taki spokój pielęgnować. W ostatnich miesiącach Marc stawał się coraz bardziej nieobecny — zamyślony, rozproszony, jakby niosło go coś, czego Élise nie potrafiła nazwać. Nie kłócił się, ale też nie okazywał tej dawnej czułości, która kiedyś rozświetlała każdy jej dzień.
„Może się boi” — tłumaczyła go w myślach. „Może presja pracy go przygniata”. Wciąż wierzyła, że w głębi jest tym samym człowiekiem, w którym zakochała się lata temu.
Marc natomiast od tygodni chodził z poczuciem winy, które paliło go jak żar. Nie dlatego, że stracił zainteresowanie żoną, ale dlatego, że popełnił błąd. Ogłupiła go samotność, stres, długie godziny w biurze i zbyt bliskie relacje z młodą asystentką — Chloé Morel. Zbliżyli się bardziej, niż powinien był pozwolić. Gdy wyznała mu, że jest w ciąży, Marc poczuł, jakby świat przechylił się i runął na niego ze wszystkich stron.
A potem pojawiła się jego ambicja. Uwielbiał myśl o synu — dziedzicu, kimś, kto poprowadzi rodzinny biznes, kto będzie dumnie nosił jego nazwisko. Zanim zdążył pomyśleć trzeźwo, zaczął organizować jej prywatną klinikę, najlepszą opiekę, komfort nieosiągalny dla wielu. Każdy kolejny wydatek coraz mocniej zaciskał pętlę wokół jego serca.
Nie powiedział o niczym Élise. Bał się. Bał się jej spojrzenia, jej łez, jej dobroci, której nie był godny.
Gdy Élise zaczęła przygotowywać drobne ubranka dla maleństwa, Marc w końcu zebrał się na odwagę.
— „Musimy porozmawiać” — powiedział tego wieczoru, zaciągając ciężko powietrze do płuc.
Kobieta podniosła wzrok.