Bez słowa cofnąłem się, wpuszczając ją do środka. Nogi nagle zrobiły się jak z waty, jakby ktoś wyłączył w nich stabilność. Kobieta przeszła do kuchni, postawiła teczkę na stole i usiadła, splatając dłonie — jak na przesłuchaniu, tylko że teraz to ja byłem przesłuchiwany. — Ich rodzice — zaczęła, patrząc nie na mnie, lecz w okno — oficjalnie zginęli w wypadku. Ale to nie była zwykła tragedia. Zesztywniałem.
— Nazywam się Klara Weiss — powiedziała w końcu. — Byłam prawniczką tej rodziny. I depozytariuszką testamentu, który miał wejść w życie tylko pod jednym warunkiem: jeśli dzieci zostaną adoptowane przez jedną osobę. Wszystkie. I jeśli ta osoba nie będzie związana z systemem opieki. Podniosłem na nią wzrok. — Co to znaczy… warunek? Klara otworzyła teczkę i wyjęła kolejną — cieńszą, ale cięższą w odbiorze.
— Rodzice wiedzieli, że mają poważne problemy. Finansowe. I nie tylko. Bali się, że po ich śmierci dzieci zostaną rozdzielone. Dlatego wcześniej założyli zamknięty fundusz powierniczy. Z dużą kwotą i nieruchomością. Ale dostęp do niego miał otrzymać tylko ten, kto zachowa rodzinę w całości. Poczułem zimno wzdłuż kręgosłupa.
— I pani przyszła powiedzieć mi, że…? — Że teraz to pan jest jedynym prawnym dysponentem tych środków — odpowiedziała spokojnie. — Ale to nie chodzi o pieniądze.
Uśmiechnąłem się gorzko. — Zawsze o nie chodzi. — Tym razem nie — spojrzała mi prosto w oczy. — W testamencie jest osobisty list. Od ich matki. Podała mi kopertę. Zwykłą. Białą. Z moim imieniem zapisanym starannym pismem. Nie otworzyłem jej od razu. Musiałem wstać. Odetchnąć. Jakby było we mnie za dużo naraz.