Halina promieniała jak reflektor na scenie

— Właśnie. Chwyciła torebkę. — Nie będę już kupować drogich prezentów. Ani mikserów, ani telewizorów, ani sprzętów. Kwiaty, tort, kartka — proszę bardzo. Reszta tylko po uzgodnieniu. Ze mną. — Nie będziesz mi stawiać warunków! — wrzasnęła Halina. — Będę, jeśli to ja płacę. Karolina spojrzała na Łukasza. — Jedziemy.

— Dokąd? — zapytał zagubiony. — Do domu. Wahał się chwilę. Potem spojrzał na matkę. Na siostrę. Na gości. I kiwnął głową. — Jedziemy. — Łukasz! — krzyknęła Halina. Nie odpowiedział.

W samochodzie Karolina długo milczała. Łukasz prowadził, ściskając kierownicę. — Ty to… zaplanowałaś… — Tak. — Mogłaś powiedzieć łagodniej… — Mówiłam łagodnie przez dwa lata.

Westchnął. — Zawaliłem. Karolina spojrzała na niego. — Pierwszy raz to słyszę. — Poważnie — powiedział cicho. — Przyzwyczaiłem się, że mama… że Monika… a ty wszystko dźwigasz. — Już nie będę.

Kiwnął głową. — Zrozumiałem. — Zobaczymy. Tydzień później Halina zadzwoniła sama. — Karolina… — zaczęła sztywno. — Ja… pomyślałam… może ten mikser… oddać?

Karolina milczała chwilę.

— Nie trzeba.

— Dlaczego? — Bo to już nie jest prezent. To była lekcja. Halina ciężko westchnęła. — Jesteś twarda. — Nie — odpowiedziała spokojnie Karolina. — Po prostu nie jestem już portfelem na nogach. I po raz pierwszy od dawna, odkładając telefon, nie czuła urazy. Tylko spokój.