Spotkanie w supermarkecie
W momencie, gdy drzwi automatyczne się otworzyły, do supermarketu wkroczyła dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Oparła się o zużyty kijek, jakby był jej ostatnią deską ratunku. Każdy krok przysparzał jej wielkiego trudu; plecy bolały, a kolana drżały. Mimo to spis potrzeby — chleb, masło, herbata, zupa — był dla niej sprawą życia i śmierci. Zawsze radziła sobie sama, nawet teraz.
Kiedy w sklepie zrobiło się tłoczno, kosze się obijały, wózki skrzypiały, a skanery cenowe piszczały. Powoli przeszła przez jasne alejki, a srebrne włosy wydobywały się spod kraciastego szala. Wyciskała oczy na etykiety i mruczała liczby pod nosem. Chwyciła bochenek chleba i wypuściła oddech z ulgą, widząc najtańszą markę. Jednak przy masle—obróciła go w dłoniach, spojrzała na cenę i westchnęła. Niezbędne artykuły stawały się luksusem.
