— Dla mnie to wystarczy — odpowiedziałam.
Załadowali słoiki w milczeniu. Bez oklasków, bez zachwytów, bez „jak to pachnie”. Gdy samochód ruszył, Klara nawet się nie obejrzała.
Michael stał na schodkach, patrząc na unoszący się kurz.
— Będą długo obrażeni — powiedział.
— Wiem.
— Żałujesz?
Spojrzałam na swoje ręce. Czerwone od pracy, z drobnymi starymi oparzeniami, z szorstką skórą.
— Nie — odpowiedziałam po chwili. — Po raz pierwszy od wielu lat nie.
Wieczór był dziwnie spokojny. Zjedliśmy prostą kolację, bez pośpiechu. Michael postawił czajnik na kuchence i po raz pierwszy nie pomyślałam, że muszę jeszcze coś gotować, coś szykować, coś pasteryzować.
W kolejnych dniach telefon milczał. Ani wiadomości od Klary. Ani od Thomasa. Tylko sąsiadka zajrzała przez furtkę i zapytała, czy nie sprzedaję leczo, bo chętnie kupiłaby kilka słoików. Podałam uczciwą cenę. Uśmiechnęła się i powiedziała: „Dobrze”.