— Dokładnie tak, Daniel.
Zapadła ciężka cisza. A potem, po raz pierwszy, w jego głosie pojawiła się niepewność.
— Mamo… o co chodzi?
— O to, że zbyt szybko zacząłeś się cieszyć — odpowiedziała cicho. — O to, że nigdy nie widziałeś we mnie człowieka, tylko przeszkodę.
Kiedy prawda wyszła na jaw, Daniel przyjechał. Bez arogancji, bez uśmiechu. Jego dom był już obciążony hipoteką, a plany się rozpadały. Marta patrzyła na niego długo. Nie czuła już gniewu. Tylko głębokie zmęczenie.
— Tata wiedział — powiedziała. — Wiedział, kim jesteś i kim jestem ja.
Daniel odszedł, nie mówiąc ani słowa.
Marta przeprowadziła się do małego domku na działce. Remontowała go powoli, własnymi rękami. Posadziła kwiaty. Nauczyła się żyć dla siebie. Czasem bolała ją tęsknota za Edwardem, czasem za synem, którego, jak jej się wydawało, miała. Ale każdego ranka, gdy otwierała okno i widziała światło, wiedziała jedno: nie była już kobietą, której wszystko odbierano. Była kobietą, która wreszcie należała do samej siebie.