Każde zawroty głowy.
Każda nagła mdłość po śniadaniu.
Każdy drżenie rąk podczas spotkań, które przypisywał długim godzinom.
To nie była nerwowość. To nie były lata. To nie był wypalenie zawodowe.
To była trucizna serwowana z uśmiechem przy jego własnym stole.
Ryan wypuścił powietrze, prawie rozbawiony. „Dobrze. Bo mam dość udawania, że go kocham.”
Wereny wydał dźwięk, który przypominał rozmowy o zepsutych zakupach. „Po prostu bądź cierpliwy. Gdy zniknie, wszystko wróci do normy.”
Myśli Marcusa próbowały pędzić w dwanaście różnych kierunków, ale ciągle uderzały w ten sam mur:
Moja żona próbuje mnie zabić. Mój brat jej w tym pomaga.
Kroki znów zniknęły, oddalając się w dół korytarza.
Aisha trzymała Marcusa tak długo, aż głosy ucichły.
Kiedy w końcu przemówiła, jej szept był tak cichy, że ledwie można go było usłyszeć.
„Nie są sami,” powiedziała. „Jeśli cię usłyszą, umrzesz.”