Moja rodzina nie miała

Myśleli, że mnie wyrzucają.

Myśleli, że jestem kolejnym sprzętem, który można odłączyć od prądu i odstawić na bok, gdy przestaje być użyteczny.

Nie zdawali sobie sprawy, że właśnie wypowiedzieli wojnę niewłaściwemu wykonawcy kontraktów obronnych.

Odwróciłam się, a kółka mojej kabinówki sunęły bezgłośnie po posadzce z lastryka.

Nie zamierzałam lecieć do Aspen, żeby do nich dołączyć, błagając o ochłap ich czułości.

Zamierzałam ich pogrzebać.

Szłam przez terminal, a gwar świątecznego tłumu cichł, zamieniając się w tępy łoskot za dudnieniem w moich uszach.

Mam dwadzieścia dziewięć lat.

Dla mojej rodziny jestem Briona, ledwo wiążącą koniec z końcem freelancerką od IT, mieszkającą w kawalerce i jeżdżącą pięcioletnim sedanem.

Myślą, że ledwo sobie radzę.

Myślą, że potrzebuję ich aprobaty, żeby czuć się ważna.

Nie mają pojęcia.

Nie wiedzą, że w zeszłym miesiącu wynegocjowałam kontrakt na cyberlogistykę wart sześćset milionów dolarów dla Departamentu Obrony.

Nie wiedzą, że moja „kawalerka” to adres-wabik do korespondencji, a mój prawdziwy dom to piętnastomilionowa forteca ze szkła i stali wkomponowana w zbocze góry w Aspen.

Nie wiedzą, że mógłbym kupić linię lotniczą, którą mieliśmy lecieć, samą płynnością z mojego konta bieżącego.

Zatrzymałam się przy kiosku, żeby kupić butelkę wody, a dłoń lekko mi drżała, gdy zbliżałam kartę do terminala.

Nie ze smutku — z olśniewającej jasności tego wszystkiego.

Przez lata byłam cichą architektką ich wygody.