Po słowach Anny w pokoju zapadła

— Być może, — odparł — ale mnie nie bawią żarty kosztem Anny. Ona jest wartościową osobą i zasługuje na szacunek. Jeśli ktoś spróbuje ją jeszcze raz manipulować, będzie miał do czynienia ze mną.

Słowa zawisły ciężko w powietrzu. Po raz pierwszy Zofia nie była w centrum uwagi. Oczy zaszkliły jej się od łez.

— To niesprawiedliwe! — zapiszczała. — Ja potrzebuję auta bardziej! Codziennie dojeżdżam na zajęcia, a ty masz pracę tuż obok…

— A ja potrzebuję wolności, Zofio — odpowiedziała Anna, patrząc jej prosto w oczy. — Nie jestem bankomatem ani niewolnicą. Mam prawo korzystać z tego, co mam.

Piotr ujął jej dłoń. Prosty gest, a tak mocny.

— Dokładnie. Jeśli chcesz coś mieć, Zofio, czas się nauczyć, jak na to zapracować.

Narzeczony Zofii odezwał się niepewnie:

— Mogę cię wozić autobusem, kochanie. To tańsze niż taxi…

— Zamknij się! — wrzasnęła na niego Zofia, po czym wybuchła płaczem i wybiegła z pokoju.

Maria spróbowała jeszcze raz przejąć inicjatywę:

— Anno, jesteś starszą córką. Obowiązki są twoje. Tak było zawsze.

— Nie, mamo — powiedziała stanowczo Anna. — Tak było tylko w tej rodzinie. I dzisiaj się to kończy. Jeśli chcecie mieć ze mną kontakt, będziecie mnie szanować. Jeśli nie, trudno.