Telefon od fotografa dwa tygodnie po
- Nie było gratulacji ani żartów, tylko napięcie.
- Padła prośba, bym nikomu nic nie mówiła — zwłaszcza rodzicom.
- W jego tonie brzmiało coś, co trudno pomylić z błahostką.
W tej jednej chwili poczułam, jak robi mi się chłodno w klatce piersiowej. Fotografowie widzą więcej, niż myślimy. Nie tylko ustawione uśmiechy i pozowane spojrzenia, ale też te krótkie momenty, kiedy twarz zdradza prawdę. Właśnie dlatego wybrałam go na nasz ślub — miał talent do łapania autentyczności.
I nagle dotarło do mnie, że jeśli on mówi tak poważnie, to nie chodzi o źle przycięte zdjęcie.
Pojechałam sama.
Studio przywitało mnie zapachem kawy i czegoś, co kojarzyło się z chemią fotograficzną — jak z dawnych czasów, kiedy zdjęcia naprawdę „powstawały” w pracowni. Fotograf nie próbował rozładować atmosfery. Nie zaproponował herbaty. Nie udawał, że to zwykła wizyta.
Zaprowadził mnie prosto do stanowiska z komputerem. Na ekranie widziałam setki miniaturek z dnia ślubu, uporządkowanych według godzin. Kliknął pierwsze pliki, przewinął kilka folderów, jakby upewniał się, że jestem gotowa, a potem zatrzymał się na serii ujęć zrobionych tuż przed ceremonią.
„Tego nie planowałem przekazywać” — powiedział cicho. „Ale mam wrażenie, że ukrywanie tego byłoby nie w porządku.”
Powiększył kadr.