W kolejnych dniach Elizabeth wyglądała na coraz bardziej zmęczoną. Jej spojrzenie, zwykle bystre i pełne ironii, coraz częściej błądziło gdzieś ponad ramionami, jakby widziała coś, czego ja nie mogłam dostrzec.
Próbowałam ją o to pytać, ale zmieniała temat, mówiła o drobiazgach: o pogodzie, o książkach, o herbacie, która wystygła za szybko.
Pewnego poranka zastałam ją przy stole. Przed nią leżały otwarte listy, dokumenty i filiżanka zimnej herbaty.
— Clara — powiedziała cicho — wiesz, co jest najtrudniejsze na starość? Nie strach przed śmiercią. Tylko to, że ludzie wokół ciebie zaczynają wierzyć, że mają prawo decydować za ciebie.
Usiadłam obok niej.
— W nocy śnił mi się dom z dzieciństwa — dodała. — Pachniał jabłkami i starym drewnem. A potem zapadła ciemność. I obudziłam się.