Coś było nie tak. Ronan poczuł to głęboko w brzuchu – ten sam, ostrzy jak nóż instynkt, który przez dwadzieścia lat prowadził go przez krew i zdradę. Głowa Jonaha była spuszczona nisko, podbródek niemal dotykał piersi, a jego kroki były cięższe niż zwykle. Zbyt długie, ciemne loki opadały jak zasłona, skrywając wszystko pod spodem.
– Hej, mały – zawołał Ronan łagodnie, choć był człowiekiem, którego szept potrafił uciszyć pokój pełen zabójców. – Jak było w szkole?
Jonah nie odpowiedział. Wzruszył tylko ramionami i bez podnoszenia wzroku wsiadł na tylne siedzenie. Jego drobne palce zaciskały się na zużytych paskach plecaka tak mocno, że knykcie zbielały.
W piersi Ronana coś się ścisnęło. Sam kiedyś był takim milczącym chłopcem, który połykał ból i chował go za murem obojętności. Spróbował wyciągnąć syna ze skorupy, proponując lody. Chłopiec tylko pokręcił głową.
Wtedy Ronan wiedział, że coś naprawdę się złamało. Jonah nigdy nie odmawiał lodów.
W domu, w spokojnym przedmieściu, gdzie Jonah był ukryty przed każdym wrogiem i każdym duchem z przeszłości Ronana, chłopiec skulił się w rogu kanapy. Siedział nieruchomo jak posąg, drżąc tak lekko, że zauważyć to mógł tylko ojciec patrzący z niepokojem.
Ronan uklęknął, aż jego stalowoszare oczy znalazły się na wysokości oczu syna – te same oczy, które bez mrugnięcia powieką wydawały wyroki śmierci, teraz pełne były rozpaczy.
– Jonah – wyszeptał. – Spójrz na mnie.
Chłopiec nie podniósł głowy. I w tej ciszy najpotężniejszy człowiek w Chicago zrozumiał, że całe jego pieniądze, wszyscy żołnierze i całe imperium nic nie znaczą, skoro nie potrafi sprawić, by jego ośmioletni syn powiedział, co się dzieje.
Pomyślał o Pinewood Diner, małej knajpce sześć przecznic dalej. Jedynym miejscu poza domem, gdzie Jonah naprawdę się rozluźniał.
– Chodź, synu – powiedział łagodnie. – Zjemy kolację w Pinewood.