Z czasem to oceny zaczęły mówić za mnie. Najwyższa średnia. Nauczyciele nazywający mnie „przykładem”. Koledzy nadali mi nowe przezwisko, mniej złośliwe, ale wciąż oddzielające:
— Kujon.
— Jasne, że ma same piątki, nie ma życia.
— Nauczyciele mu pomagają, bo jest im go żal.
Zaciskałem zęby i robiłem swoje.
Aż pojawił się profesor Anderson, mój nauczyciel matematyki. Koło czterdziestki, zawsze lekko krzywy krawat, rozczochrane włosy i kubek kawy, jakby był częścią jego ciała.
Pewnego dnia zatrzymał się przy mojej ławce.
Na biurku miałem wydrukowane zadania z uniwersyteckiej strony — poza programem.
— Tego nie ma w podręczniku.
Zesztywniałem, jakbym został przyłapany na kradzieży.